Dlaczego warto marzyć? Trochę więcej o marzeniach.

marzenia

„Ludzie to wciąż niedokończone dzieła, które błędnie uważają, że jest inaczej” — mówi Daniel Gilbert, profesor psychologii na Uniwersytecie Harwarda i autor bestsellera Na tropie szczęścia. Ale to tylko połowa prawdy. Każdy z nas przynajmniej od czasu do czasu ma przeczucie, że tkwią w nas nieujawnione dotąd możliwości i talenty, dzięki którym – gdyby tylko nadarzyła się odpowiednia okazja – moglibyśmy uczynić nasze życie bogatszym, pełniejszym, bardziej interesującym… Jednym słowem – szczęśliwszym. To przeczucie czasem przybiera konkretną formę. Oczyma wyobraźni widzimy przyszłość, w której jesteśmy kimś innym – w innym miejscu i w innej sytuacji – niż w dniu dzisiejszym. Ta wizja ma swoja nazwę: marzenie.

Słowo „marzenie” w języku polskim pochodzi od słowa „mara”, czyli zwodnicze widziadło. Niezbyt przyjemne skojarzenie, prawda? Nie lepiej jest w innych językach, np. po angielsku określa się je słowem „dream”sen, czyli coś z czego i tak trzeba się zbudzić wcześniej lub później i powrócić do twardej rzeczywistości. Ale nie dajmy się zwieść słowom. To tylko symbol, pod który konkretną treść możemy podłożyć my i tylko my.

Zacznijmy od tego, czym marzenie – w takim sensie, w jakim chcemy tego słowa używać – nie jest. Nie jest „snem na jawie”, budowaniem zamków w chmurach i ucieczką w świat fikcji. Cechą snów na jawie jest to, że się powtarzają. Tworzysz sobie określoną fikcję i stale ją przywołujesz dla zniesienia stresu, którym napełnia cię rzeczywistość. Większość snów na jawie ma podłoże w niepokojach i niespełnieniu seksualnym.

Marzenie nie jest też czystą fantazją, choć ma z nią wiele wspólnego. Czysta fantazja jest kapryśna i nieukierunkowana, jak narowisty rumak. Mówi się przecież o „daniu się ponieść” lub o „popuszczaniu cugli” fantazji. A to bywa zabawne na krótką metę i raczej na bezpiecznym, miękkim gruncie.

Marzenie, o którym mówimy, to fantazja plus cel i determinacja. Każde działanie od niego się zaczyna. I nie jest ważne, że w ciągu życia zrealizujemy może jeden procent z tego wszystkiego, co zamierzamy. Co więcej, realizacja nie zawsze musi oznaczać spełnienie. Wprost przeciwnie, wymarzony przedmiot materialny zwykle cieszy nas krócej niż można by oczekiwać po wysiłku, jaki włożyliśmy w jego zdobycie, radość z egzotycznej podróży kończy się najdalej po paru tygodniach, dla niektórych już w samolocie do domu. Ale bez marzenia o przygodzie nigdy nie zdobylibyśmy się na trudy i ryzyko podróży.

Zresztą ta zdolność umysłu do „zapominania szczęścia” nie musi być czymś złym. George Loewenstein, ekonomista z Carnegie-Mellon wraz z izraelskim noblistą w dziedzinie ekonomii Danielem Kahnemanem doszli do tego wniosku badając psychologiczne aspekty podejmowania decyzji. Jak mówi Loebenstein: „’Szczęście to sygnał, za pomocą nasze mózgi motywują nas do działania. Tak samo, jak oko adaptuje się do natężenia oświetlenia, tak i my zostaliśmy zaprogramowani do powrotów do wciąż tego samego poziomu szczęścia. Nasz mózg nie próbuje być wiecznie szczęśliwy, on nas próbuje regulować”.’

Tak więc warto marzyć bez względu na wszystko i nigdy nie należy zniechęcać się niepowodzeniem tych marzeń, co do których już wiemy, że są nieosiągalne. Doceńmy te, dzięki którym udało się nam to, co się udało. I oddawajmy się następnym, pamiętając, że nie wystarczy mieć cel – trzeba jeszcze wyruszyć w drogę.

Jak powiada Joseph Conrad, wielki romantyczny marzyciel, trzeba „podążać za swym marzeniem, podążać wiecznie – zawsze…”.